29 Dla niektórych koniec...
W samolocie na Dominikanę coś ryknęło, po czym odpadło lewe skrzydło... Chwilę później kilka przerażonych osób wyfrunęło przez dziurę w ścianie razem z fotelami, do których byli przypięci. Resztki samolotu ogarnął pożar. Wybuchła panika. Z sufitu w stronę pasażerów wystrzeliły maski. Jeszcze dwie osoby wypadły z maszyny i z hukiem uderzyły o taflę wód Pacyfiku. Aeroplan leciał jeszcze kilka minut. Około 16.47 runął w dół z hukiem przecinając powietrze jednym skrzydłem, aż w końcu roztrzaskał się na płyciźnie Ławicy Navidad u wybrzeży Dominikany. Ratownicy zjawili się na miejscu wypadku po pół godziny przywleczeni śmigłowcami i motorówkami zapożyczonymi od straży przybrzeżnej. Z wyłowionych szczątek zdołano ułożyć kilku ludzi: Madziaa Heller, Zosia, Adam, Maja, Marta, Ula Ljøkelsoy, Neolitka, Karolina, Eliza i Alek. Resztę zwłok nadal starają się zidentyfikować. Tak oto część naszego towarzystwa zakończyła urlop na Dominikanie...
***
Oleczka siedziała przy biurku zakuwając wytrwale jakieś dziwne regułki z psychologii, gdy z równowagi wytrącił ją trzask wylatującej szyby i jakaś cegła waląca całym swoim ciężarem w drewnianą podłogę. Spojrzała z wyrzutem na szkło rozwalone po całym pokoju. Łaskotała ją ręka. W przedramię (łydkę ręczną :P) wbity był mały kawałeczek szkła. Skrzywiła się na samą myśl dotknięcia tego.
- Co ty wyrabiasz durnoto jedna!!!!! – do pokoju wbiegł spocony ze złości Andi.
- Nic...
- Co tu się stało?! – Koffix zmierzył podłogę spojrzeniem pozbawionym jakiegokolwiek zrozumienia.
Ola podniosła czerwoną cegłę. Zdjęła z niej zieloną gumkę recepturkę i rozwinęła złożony chyba na 8 kawałek papieru. – „Wiem kto jest twoim bratem”... Andi, o co chodzi?
Koffi stał z tępą miną i chyba nie wiedział co powiedzieć, bo zaczął się jąkać.
- Bo... Booooooooooo.... Ty kilka dni miałaś...
- ??
- A nic... Pokaż rękę. – złapał ją za przegub.
- Nie! Andi, o co tu chodzi? Co się stało do cholery?! – Ola próbowała się wyrwać, ale za bardzo bolało.
- No... Twoja mama umarła przy porodzie... – bąkał Andi grzebiąc Oli w ręce. W końcu wyciągnął szkło. – Tata zginął zanim się urodziliście... Masz brata bliźniaka... Nie wiem kto go przygarnął... Moi rodzice wzięli ciebie...
- Jak on ma na imię?
- Pojęcia nie mam. Ochrzcili go nowi rodzice...
- Ale widać ten ktoś wie?
- Czyli to pewnie on... – Andi zaczął płakać.
- Heeej... Nie bucz... Co ci jest?
- Nissc! – odgonił ją ręką. – Jak go poznasz, to się do niego przeprowadzisz prawda?
- Nie wiem...
- Ja nie chcę... Ja chcę, żebyś została...
- To zostanę.
- Ty nie rozumiesz, ja cię kocham!
- Andi... Ja ciebie też.
- Ale nie jak siostrę! KO-CHAM CIĘ! – Andi patrzył na Olę dziwnie. Ona na niego z resztą też.
- Zostanę z tobą. – powiedziała i przytuliła go. – Ale co za kretyn wybija siostrze szybę?
- No nie wiem właśnie, ja bym tego ci nigdy nie zrobił. – uśmiechnął się do niej nieśmiało.
- Ja tobie też nie. – cmoknęła go w policzek.
Chwilę później tuż koło nich na łóżku wylądowała druga cegła. Andi rzucił się w pogoń za pomykającym wśród drzew cieniem.
- „Spotkajmy się za 3 godziny w parku koło zjeżdżalni. Bądź sama”...
- Pójdę z tobą!
- Lepiej nie.
- Schowam się gdzieś, nie pójdziesz sama!
3 godziny później Ola huśtała się na łańcuchowej huśtawce a Andi obserwował ją z góry drewnianego domku.
- Jesteś sama? – spytał ją jakiś człowiek w kapturze.
Obróciła się w jego stronę.
- Tak...
Zdjął kaptur. Ola zdębiała.
- To tyyy?
Chłopak przytaknął.
***
Rano przy stadionie w Einsiedeln...
- Nie no, słuchaj. Nie panikuj! W końcu chcesz tą robotę prawda??
- No chcę... – Aschley jechała na butach pchana od tyłu przez swojego brata Wola.
- No. To stój tu, czekaj i ani mi się waż uciekać zanim trener nie przyjdzie... O! Już idzie.
- To ona? – Obok nich stanął wielki jak dąb facet.
- Tak. Aschley, to jest trener Szwajcarów Berni Schödler, Berni, to moja sister. Nie szczędź jej. – puścił oczko do Berniego i się ulotnił.
- Masz na imię Aschley, tak?
- Tak.
- I chcesz być trenerem?
- Tak.
- Ehe, to twoja pierwsza lekcja?
- Tak.
- Widziałaś jak wyglądają imitacje?
- Tak.
- Pokażę ci dokładnie na czym polega rola trenera w tym treningu.
- Tak.
Berni spojrzał dziwnie na spanikowaną dziewczynę.
- Idziemy do chłopaków?
- Tak.
Berni ruszył w stronę bramki na stadion, gdzie biegali szwajcarscy skoczkowie z Agatą, Åsą, Alex i Justyną. Zaczął coś gadać, ale zorientował się, że jego rozmówczyni gdzieś przepadła.
- Idziesz?
- Tak.- Aschley dalej gibała się na boki przestępując w miejscu z nogi na nogę. – A! Tak. – dotarło do niej co mówił trener i pobiegła za nim.
Schödler w życiu nie myślał, że można być tak przerażonym. Weszli na bieżnię.
- Dobra chłopaki! Teraz trening imitacyjny! – ryknął Berni swoim przystojnym głosem.
Agata wypchnęła swojego Mölli’ego w stronę trenera. Andi, Simi i Guido biegli dalej, by nie zamarznąć, w czasie imitacji kolegi.
- No, to jest tak. On sobie jedzie na tej desce... Jedzie, jedzie, jedzie... Wybija się, o patrz! Teraz leci prosto na nas, ty kucasz, łapiesz go na prostych ramionach i wstajesz... i idziesz kilka kroków do tyłu... i opuszczasz go, po czym on spada i robi telemark... – to mówiąc Berni upuścił Michaela na ziemię. – No, teraz twoja kolej.
- Coooo??
- No, teraz ty. – Berni zauważył nowe słowo wypowiedziane przez Aschley Loitzl.
- Aaaa ale... – tylko tyle zdążyła wypowiedzieć, bo w momencie kiedy Mölli wybijał się ponownie z deskorolki, Berni uskoczył i Asch nie miała wyboru, pochwyciła Melliego za bioderka, zaczęła coś wrzeszczeć bardzo szybko i runęła do tyłu w zaspę. Mölli na nią :P Niezręczna sytuacja trwała dłuższą chwilę. Mölli leżał z miną w stylu:

Asch dobrze wiedziała, że jako nieliczna ma okazję właśnie poćwiczyć styl V ze skoczkiem na leżąco... Nie czuła się jednak szczęśliwa z tego powodu, bo właśnie w ich stronę pomknęła Piru. Aschley i Michael chcieli uciec. Niestety nie udało im się, bo było ślisko i co chwila zaliczali glebę. Agata pochwyciła bidon Guida i runęła na leżących. Rycząc jakieś fińskie, norweskie, polskie i czeskie przekleństwa nacisnęła bidon tryskając Meliemu prosto w twarz jakimś śmierdzącym badziewiem... Misiel otrzepał się ze śniegu i wytarł twarz szalikiem.
- Co to było do cholery ciężkiej?! – wydarł się na Agatę i wytrącił jej bidon z ręki.
- Nie wiem! To Żida!! – wrzeszczała Piru.
Berni podszedł do nich, maznął palcem po policzkach Mölliego i powąchał rękę, potem polizał :P – ŻIDOOO!! – rozdarł się.
Wszyscy odwrócili się w stronę Szwajcara. Åsa machnęła w bok ręką, żeby złapać swojego chłopaka, jednak nie było go już przy niej. Cofał się powoli przecząco kiwając głową na boki.
- Nie... – gadał do siebie. – Nie prawda... – i pocisnął sprintem do hotelu.
Berni rozgarnął śnieg i podniósł bidon. Pociągnął potężnego łyka i wypluł przed siebie. – Bleeeee!!! Ruuuuum!!! Zabiję go! (przecież Guido sam się nam przyznał, że czasem za dużo pije, teraz wiemy kiedy pije :P). Åsa pobiegła za chłopakiem do pokoju, a Alex i Justynka rzuciły się na torbę Andiego, żeby sprawdzić co on sobie nalał :P Na szczęście była to zwykła zielona herbatka. Agata szła z Misielem pod rękę i głaskała po głowie, by go jakoś przeprosić po tym jak oblała go rumem...
- I daruj, ale cię nie pocałuję... – Agata zatykała sobie nos rękawem i co chwilę odwracała głowę, by nabrać powietrza. – Cały śmierdzisz...
- No wiesz! Dzięki!! – oburzył się Möllinger. – Sama mnie oblałaś!
- A tam. Wypierzemy cię.
- Chyba kurtkę.
- Kurtkę później :D – uśmiechnęła się łobuzersko.
I poszli.
moda na skoki
skomentuj (23)